02 - 04 maja 2008

Zachęceni powodzeniem i słowami aprobaty odnośnie Zakończenia Sezonu 2007, postanowiliśmy wraz z Actimel'em, Jurus'em, oraz Rafalh'em zorganizować kolejna Klubowa Imprezę. Tym razem za lokalizacje wybraliśmy nasze rodzinne strony. Kręte dróżki pojezierza Lubuskiego ze swoimi malowniczymi widokami wydały nam się idealne, by zapewnić frajdę z jazdy naszymi eMeRytkami. Ciekawa przeszłość regionu, oraz pobliski tor dawały dobra bazę wyjściowa. Tak narodził się pomysł.

Z początku cichutko sobie kiełkował i nie sprawiał żadnych problemów. Wypuszczane przez niego pędki powoli, jednak zdecydowanie, wdzierały się w tkankę mózgową ORGAZMINATOROW. Od czasu do czasu przejmował kontrole nad swymi "rodzicielami", posuwając ich do zaniedbywania obowiązków domowych, pracowniczych, a nawet względem kobiet!! Wtedy jeszcze nikt nie podejrzewał co z tego wyrośnie...

 

02 maja 2008  14:00 

Pierwszy na miejscu nie licząc Actimela, Jurusia i mnie) był Boro. Nie długo po nim zjechała się reszta eMeRytow. Niektórzy z delikatnym opóźnieniem... - a bo to olej trzeba dolać, a bo to ulewa robi z samochodu akwarium, a bo to muszki trzeba było 3 razy po drodze zmywać... Tak czy siak - o godzinie 14-tej, uzbrojeni w latarki oraz ciepłe sweterki wyruszyliśmy w kierunku bunkrów MRU.
Juruś z Cooyonem, jako konwojenci, przeprowadzili nas przez pobliskie wioski i miasteczka bezpiecznie do celu. Okazało się również, że Hocker posiada wspaniale umiejętności blokowania ruchu na skrzyżowaniach. Mieliśmy jeszcze nie raz z nich skorzystać.

Przeniesienie się do czasów II Wojny Światowej kosztowało nas troszkę wysiłku, wiec po powrocie niezwłocznie udaliśmy się do naszego obozowiska by się pożywić. Mały był tak głodny, że ani razu nie musieliśmy się zatrzymać, by mógł zmyć muszki...
Po posiłku przyszedł czas na przedstawienie się. Tutaj rolę wodzireja przejął Hocker. Okazało się, że nie tylko potrafi skutecznie wstrzymywać ruch uliczny, ale i poradziłby sobie z rola KO-wca. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że Juruś jest z Nienacka, Actimel był w śmietniku, a Emteka jest właścicielem Mięsnego Sklepu Internetowego "E-metka". Ponadto okazało się, że Kuba B. tak naprawdę jest Mateuszem (chociaż tylko na drugie), a sam wodzirej wywodzi się z angielskiego "langłidż" i oznacza taboret.

03 maja 2008

Poranek dnia następnego był pełen niespodzianek. Intryga poganiała spisek. Okazało się bowiem, że "ktoś" w nocy starał się zasabotować nasz występ na torze w Starym Kisielinie. Zniknęły okulary Rafalha. Hocker został podstępem pozbawiony kontroli motorycznej i częściowo - percepcji. Małemu zaginęła płyta ze specjalnie przygotowaną na tę okazję czarną muzą. Siwemu ktoś poodkręcał śrubki... Mimo wszystko udało nam się w końcu zebrać. Po obowiązkowym tankowaniu wyruszyliśmy w drogę.

Dzięki uprzejmości Policji i paru "brzydkim" chwytom, bezpiecznie dotarliśmy na tor, a tam...

...oj działo się działo - zacięta walka, piski fanek, okrzyki kibiców, swąd palonej gumy... czy też sprzęgła... unosił się w powietrzu. Puchar, kwiaty i buziaki dla zwycięzcy!

Cóż to był za wyścig!

Kuba B. postanowił spróbować swych sił w balecie i wykonał podwójne salto-mortale, Hocker przypłacił ostre wejście w zakręt okrzykiem "Janiak!", Mały... no jak to Mały - po nieudanej próbie wzbicia się w powietrze, postawił sobie za cel zapracować na miano D.K.'a - cóż za technika.

Wykończeni tymi emocjami ustawiliśmy się do paru zdjęć. Jak to w takich momentach bywa, było troszkę zamieszania, ale nasi fotoreporterzy, Cooyon i Juruś, poradzili sobie ze wszystkimi i w niecałe pół godziny było po sesji zdjęciowej.

Po harcach przyszedł czas na karmienie... na początek - naszych Łakomczuszek. Droga powrotna przebiegła bardzo spokojnie. Mały, będąc w ciągłym kontakcie z Cooyonem i Jurusiem, pełnił role psa pasterskiego i zachęcał owieczki-emereczki, to do szybszej, to do wolniejszej jazdy - w zależności co powodowało rozbicie naszego ślicznego stadka.
Widać było, ze tor spełnił swoje zadanie. Wszyscy jechaliśmy niespotykanie spokojnie. Naprawdę zadziwiający widok...

Po powrocie do Pszczewa, wszyscy byliśmy naprawdę wykończeni. Nasza grupa, pomniejszona już o Blinkey'a, dinka, Kubę B. oraz Madćka zasiadła do grilla. Gdy brzuchy były już pełne, przyszedł czas na wstępne podsumowanie wyników z toru. Przy pomocy nagranych filmów analizowaliśmy każdy zakręt, każde niepotrzebne przyhamowanie czy zbyt wczesne dodanie gazu.
Następnie przenieśliśmy się w pobliże ogniska. Porozmawialiśmy o podkładach lakierniczych i różnych innych mazidłach. Bohaterem wieczoru okazał się tym razem Emteka. Po tak długim i wyczerpującym dniu zjadł kolację, zapakował na siedzenie pasażera dwie felgi, do bagażnika wrzucił dwie kolejne, włączył swe czerwone podświetlenie rodem z agencji towarzyskiej i... wyruszył do Częstochowy. "Już" o 5 rano był na miejscu. Ach ta młodość!

04 maja 2008

Trzy dni minęły jak mgnienie oka. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Po śniadaniu, ci którzy jeszcze pozostali, zebrali się na pomoście by podzielić się pierwszymi przemyśleniami na temat właśnie zakończonego zlotu i poplanować następne spotkanie. Mam nadzieję, że uda nam się niedługo ponownie spotkać. I mam nadzieje, że do naszego grona dołącza następni.
Plotka głosi, że kolejne spotkanie odbędzie się w okolicach Warszawy...
No i nie zapominajmy o 12 lipca! Na torze w Kisielinie znów zakrólują MR2-jki!!

 

Do zobaczenie wkrótce!
Maqu


powiązane:
1. Organizacja imprezy
2. Zdjęcia
3. Filmy
4. Wyniki

tekst: Maqu / zdjęcia: Cooyon / korekta: dink
stworzony: 18 maja 2008 / opublikowany: 9 lipca 2008